Wziąłem kurtkę i buty. Wyszedłem z domu i poszedłem do Philippe'a. Byłem dziś oszołomiony i strasznie zmęczony, ale obiecałem, że przyjdę, więc przyjdę. Byłem już na klatce, gdy usłyszałem krzyki. Cholera - pomyślałem. Tylko żeby z tym debilem nic nie było. Zapukałem. Otworzył, nic mu nie jest. Na szczęście.
- Słuchaj, pamiętasz mojego dziadka?
- Tia, a może dzień dobry?
- Tak tak, przestań bredzić. W swoim testamencie napisał, że w domu zostawił pewien pierścień. I powierzył go mnie.
- Serio?I co? - zaciekawiłem się.
- No nie wiem, może to sprawdzimy?
- Czy ja wiem...
- To może być początek nowej przygody. Zaufaj mi.
Akurat tym mnie przekonał. Nawet nie potrzebowałem sekundy, by się namyślić. Od razu powiedziałem:
- No jasne!
Następnego dnia pojechaliśmy do domu dziadka Philippe'a. Przepraszam, zmarłego dziadka. Zaparkowaliśmy, no i... wyszliśmy oczywiście. Philippe szukał testamentu.
- Nie ma.
- Jak to nie ma?
- No nie ma?
- Dobra, idziemy. Spróbujemy też tego.
- Och. Wóz albo przewóz.
Ale dom - pomyślałem. Było tam wszystko. To znaczy wszystko, co może być na dworze. O! Właśnie podeszliśmy do drzwi.
- Zamknięte, cholera! - zdenerwował się Philippe.
- Spokojnie, na pewno twój dziadek gdzieś go schował.
- Ty to nawet mądry jesteś.
- He he, no to... do roboty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz